A+ A-
    Wydawnictwo Oficyna

    Wstawki

     

    Strona główna
    Wydawnictwo Oficyna Kompozytorzy Dziennik MuzycznyPiosenki Artykuły Recenzje Instytut Neuronowy Do pobrania Krótki opis Kontakt
    Poprzednia

    Wstawka numer 153

    Następna

    Koszalin, 19. marca Roku Pańskiego 2026.

     

    Męskie malunki

     

    Zagubiłem książkę. Nic specjalnego, „Gorgiasza” Platona w przekładzie Władysława Witwickiego. Gdzieś się za­podziała. I musiałem suto się tłumaczyć w bibliotece. Szczególnie, że tę książkę już raz wypoży­czałem w 1982 roku. Zapłaciłem i karę i za tę książkę. Protokół przestępstwa mam. Mi nie szkoda, dla mnie to opłata abonamentowa.

     

    Żyjemy w szczęśliwych czasach. Są darmowe biblioteki, zwane dawniej czytelniami ludowymi. Bolesław Prus opisywał w 1895 roku, że wtedy bibliotek było tyle co na lekar­stwo i w większości abonamentowane i to w rublach srebrem. A dziś, proszę bardzo, dar­mocha i ludziska nie lgną do czytania. A dawniej, jak było te dwieście książek w takiej czy­telni ludowej, to ludność rozebrała wszystko do cna i byli tacy, co odeszli z kwitkiem. Czyli bez niczego. Taki był pęd do czytelnictwa. Ale nie opowiadajmy bujdów, bo nam jeszcze nikt w to nie uwierzy.

     

     

    Jeden kolega, który obiecał dostarczać zdjęcia do artykułów, pojechał do Budapesztu a stamtąd do Belgradu. Dwie stolice europejskie. I nie ma żadnego ciekawego zdjęcia, poka­zującego kulturę tych krajów. Ogólna obrona rosofilstwa. I tak szczęście, że żaden rusofob go nie zaciukał w tym Budapeszcie. Albo jakiś na różowo przebrany jegomość, co robił pewnie za bezę. Albo jest ubrany w barwy ochronne na wojnę, aby schronić się w najbliż­szej cukierni przed snajperami.

     

     

    Drugi poleciał na Srilankę. Tam go zaniosły podniebne anioły ze stopów lotniczych i kompozytów. Miał mi herbatę cejlońską z tego Cejlonu przywieźć. I nasi sojusznicy Ame­rykanie zbombardowali Iran, który zamiast przerobić w sojusznika Zachodu, zrobił się hardym zwolennikiem jakiegoś obcego dla Persów kultu. I mały Izrael też wtrącił swoje pięć groszy. Samoloty nie latały i kolega z małżonką zostali na dodatkowe dwa tygodnie wczasów. Dziś w końcu dotarł do Europy i poprzez napoleońską twierdzę Modlin dotrze zapewne niebawem do domu. Ponoć książkę ma pisać z tej eskapady i o tym, co widział i słyszał, i czuł.

     

    A ja łażę po wystawach od przypadku do przypadku. Zrobiliśmy po sa­mej Polsce w tym czasie przeszło trzy tysiące kilometrów przeróżnymi środ­kami lokomocji. Lekko jesteśmy poobdzierani od tych eskapad. Tamci zalicza­ją wojaże po Świecie a my tu po kraju nad Wisłą i Odrą. O tym jednak nie będę pisał, bo i tak nikt nie przeczyta tego, gdyż lud dzisiaj nie czyta. Po co mu czytanie. Lepsze są obrazki. I po tych wyprawach spadliśmy na cztery łapy w Koszalinie. W Bibliotece Miejskiej. A tu wystawa. Malarstwa maskula­nistycznego. Opiszemy kilka dziełek.

     

     

    Niejaki Dariusz Plasota raczy nas widokiem dwu trupów z widelcami i nożami mających zapewne zasadzić się na stojącą na stole świnkę, aby ją beza­pelacyjnie pożreć. To zapewne jakaś trawestacja powiedzenia chrystuso­wego o rzucaniu pereł przed wieprze. Tu można by to tak skwitować: Nie rzucaj świni przed perły elokwencji malarza. Cóż za kolorystyka rodem z domu pogrzebowego, jakby dwaj bohaterowie francuskiej komedii, dodajmy, że filmowej, jechali na łyso prosto do świni. Od razu widać wzrost kultury noża i widelca w wydaniu tego autora.

     

     

    I dalej kolejny malunek Piotra Adamczyka, gdzie cała zaprzeszła menażeria sterczy z obrazu jak ośle uszy. Pajacyki i króliki w anturażu z epoki Prusa. Coś to zapewne przedstawia, ale my nie wiemy co i idzie­my dalej. A tu Marek Kopczyński wymalował nam cóż to takiego. Niewprawne oko zagubionego od­biorcy widzi łuki romańskie, tryumfy i przemarsze rzymskich legionów albo co najmniej legii Napoleona Bo­naparte A dobrze przyjrzawszy się, widać łono kobiety z listkiem zamiast przyrodzonego owłosienia, dziś tak zakaza­nego przez nasze mody totalne. I krągłości łuku rodem z Rzymu stają się krągłościami jakiejś niewia­domej damy, która wyłoniła się zza czerwonej kotarki.

     

     

    A dalej co? A tu praca Janusza Skowrona, która jest zagubioną na przestworzu oceanu laicyzmu arką chrześcijaństwa z wymalowanym krzyżem wiary brnącym po tym bezkresnym przestworzu ludzkiej pychy i arogancji. Poszarpana i obdarta ze skóry wizja. Żółto-zielonkawe niebo na morzu krwi ludzkiego rozumu używanego jako zapchajdziura postępu.

     

    I na koniec Wal Jarosz, tytułowy splendor tej wystawki. Jego praca zdobi wszak plakat przywołujący tu nieczytającego widza, by chociaż tak zakosztował sztuki wyższej nieco niż sztuka mięsa. I tu stoją dwa ko­nie. Pysk w pysk. Jakby dwa konie wprost spod Troi w swych statycznych pozach. Można rzec, dwa trojany. Jeden trojan zgodnie z modą współczesnej inwigilacji sztucznej inteligencji inwigilujące się wzajem, żeby nie być zbyt gołosłownym i nie nadużyć słowa, penetrujące swoje zasoby.

     

    I to ma być męskie? A może ja jednak powinienem pokonać też trochę więcej tysięcy kilometrów po tym łez padole, by zauważyć w tym jakąś męskość? Może powi­nienem zaangażować się w obronę Rosji alby walkę z Ro­sją. Albo wracać z Persji przez Izrael i Niemcy, by zauwa­żyć znowu wyższość ich kultury i cywilizacji. Nie bądźmy malkontentami. Tacy się tu starają. Mażą akrylem po płót­nie. Robią ślady, jakby kto ponownie odkopał Knossos albo co najmniej warsztat Fidiasza w Atenach. Czyta na kubku wygrzebanym z rumowiska „Fidias”. I już wie, że jest w Europie. A tu malunki takie, że ho ho.

     

    Nasza wycieczka w nieznane się skończyła. Herbata dopita. Tekst niemal na ukończeniu. I nagle się okazało, że książka zaginiona ponoć w sążnistych wypadach po kraju, leży sobie tu i nagle się odnalazła. Bę­dzie gdzie wsadzić ten protokół sporządzony przez aż trzy panie z biblioteki. Grzecznie kasujące abonament jak za czasów naszych praprapradziadów. I już nie musimy oglądać żadnego malarstwa. Zwyczajnie sobie poczytamy.

     

    Z Bogiem.

     

     

    Andrzej Marek Hendzel

     

    Męskie malunki pdf - 306 KB

     

    Do góry